Ten nie myli się, który nie robi nic Lecz ten także dużo ma do stracenia Przeżyj życie swe, by móc za kilka lat Z dumą w głosie z nami zaśpiewać tak: Ref.: Kiedyś to było nie to, co teraz To były czasy, żyć nie umierać Mało się spało, dużo się działo Chwilą się żyło, kiedyś to było! Kiedyś to było, ach, kiedyś było I wszyscy się śmieją i wszyscy się dziwią, że taka moda była, że kobiety nie nosiły spodni, a buty się miało jedne (i to tylko jak się dobrze urodziłeś), a nie zamawiało hurtowo z deezze, bo black friday i tanio. Dziwimy się temu, co minęło, szczególnie teraz, kiedy czas pędzi jak szalony i dekada od dekady diametralnie się Czy mogę teraz zrobić coś innego? Podsumowanie. W języku angielskim istnieje wiele czasów gramatycznych, co nie oznacza, że musimy się ich wszystkich od razu nauczyć. Możemy iść za tropem native speakerów, którzy również używają tych 5 prostych czasów, aby nie komplikować swojej wypowiedzi. Jednak te starsze konstrukcje miały jedną rzecz, która zdefiniowała praktycznie całą generację, jeżeli chodzi o odbiór i konsumpcję multimediów - rozdzielczość 4:3. Ach, co to były za czasy, gdy wszystko co wyświetlaliśmy na ekranie mogło maksymalnie mieć 800x600 pikseli bądź, nieco później, 1024×768 piksele. Mimo, że lata upływają, wiele osób nie chce się ze starymi przedmiotami rozstawać, pozostawiając na pamiątkę. Wraca moda na przedmioty z czasów PRL. Kolekcjonerzy są w stanie zapłacić za nie naprawdę spore pieniądze. Znaczki pocztowe są warte nawet do 300 tys. zł. Zbieranie znaczków było kiedyś bardzo popularnym hobby. Dzieli on specyfikację z iPhone’em 15, w tym np. procesor i aparat, ale jest od niego, tak po prostu, wyraźnie większy (i cięższy). Również i tu mamy złącze USB-C zamiast własnościowego Lightning, Dynamiczną Wyspę oraz identyczny aparat z obiektywami 48 Mpix (główny) i 12 Mpix (ultrawide). iPhone 15 Plus wyceniony został przy Kiedyś to były czasy - teraz już nie ma czasów #pcmasterrace #grajzwykopem #gry #commandandconquer Jakby co to #redalert #redalert2 #redalert3 tiberium sun #renegade za 25 PLN na allegro (ʘ‿ʘ) XemEnF. Dzieciństwo we współczesnym świecie to nic fajnego. Jeśli biega się za piłką, to tylko wirtualną. Kieszonkowe można wydać na mikropłatności, a nie na oranżadę w osiedlowym sklepie. Wszystkie porażki bierze na siebie bohater gry (który niejedno ma życie). Co tu dużo mówić – takiego życia, jakie my znamy, nasze dzieci nie poznają. W końcu młodość minie im bezpowrotnie. Wtedy podejmą pierwszą pracę i nawet nie będą wzdychać do wieczorów przy trzepaku, bo nigdy się tak nie bawiły. Degradacja więzi społecznych postępuje Wpływ technologii można dostrzec nie tylko u najmłodszych. Starsze pokolenia też dały się uwieść życiu online. Straciły na tym codzienne, realne kontakty międzyludzkie. Niegdyś ludzie, nawet zupełnie sobie obcy, potrafili ze sobą rozmawiać (np. w kolejce). Nikt przy tym nie gapił się co chwila w jakieś urządzenie. Wszak byłby to nietakt i sygnał, że rozmówca nie jest wart naszej uwagi. Teraz bez skrupułów zerkamy na telefony. Zamiast miłej pogawędki mamy więc poczucie, że ani się nawzajem nie słuchamy, ani nie lubimy. Na własne życzenie powoli tracimy umiejętność rozmowy na żywo. Nie pytamy o drogę, tylko włączamy mapy. Nie dzwonimy, żeby umówić się na spotkanie, tylko ustawiamy wydarzenie w kalendarzu i zerkamy, czy ktoś je zaakceptował. Wieczorem testujemy nowe możliwości Asystenta Google i jeszcze przed snem przeglądamy Facebooka (najpewniej w imię pielęgnowanego masochizmu, bo wiedza o tym, że media społecznościowe nas unieszczęśliwiają jest powszechna). Coraz trudniej nam się rozstać z telefonami (fot. Stopniowo zaczyna też brakować ludzkiego podejścia do innych. Coraz więcej jest chęci zamykania się na sprawy, które nie dotyczą nas bezpośrednio. Zupełnie tak, jakby istniało przekonanie, że istnieje coś, co sprawi, że zwykłe odruchy i życzliwość wobec drugiego człowieka będą już niepotrzebne. Ludzie są pozbawieni własnych wspomnień Odnoszę wrażenie, że te obserwacje bliskie są przede wszystkim osobom, które pamiętają owe popołudnia spędzane na podwórku. I nawet nie podejrzewają, że młodszym ten trzepak z niczym się nie kojarzy. Ci ludzie wspominają też nogi poobijane na boisku z pewnością kogoś, kto wierzy, że kto się nie poobija, ten zostanie ograbiony ze wspomnień. Rozumiałabym, gdyby chodziło tylko o osoby starsze. Nie dziwi mnie, że wciąż wiele z nich świat online kojarzy z czymś, czemu nie warto poświęcać uwagi. Rzecz jednak dotyczy tych, którzy na widok pierwszego pegasusa bez wyrzutów sumienia porzucili podwórkowe zabawy. Konsola pegasus – kto miał taki zestaw, ten był królem życia. Dziś te same osoby zdają się nie wierzyć, że wirtualna rozrywka może być ciekawsza od wspinania się po drzewach. Mimo że jedno i drugie daje to samo – pozwala oderwać się od rzeczywistości. Tylko teraz już nie trzeba chodzić z kocem na plecach i garnkiem na głowie, żeby wcielić się w bohatera filmu. Wystarczy włączyć grę i wyobraźnię. Przyznam, że gdybym po przeczytaniu „Władcy Pierścieni” nie musiała szyć kołczanu, żeby poczuć się niczym mieszkaniec Mrocznej Puszczy, to dziś nie cierpiałabym z tego powodu. W sumie i tak nie miałam łuku. Nie tylko puste podwórka, ale też jakość kontaktów międzyludzkich trapi ludzi w wieku około trzydziestoletnim. Wiecie, że dziś każdy tylko patrzy w telefon i na nic nie zwraca uwagi? Szczególnie wówczas, gdy w drodze do pracy zakłada słuchawki na uszy. W końcu lepiej, gdyby taki zaspany delikwent warknął coś niemiłego, bo jeszcze nie zdążył wypić kawy. Przynajmniej wejście w interakcję byłoby odhaczone. Bo rozmowy z ludźmi z całego świata, skoro tylko są wirtualne, tracą na wartości. W czasach takich jak nasze dobrze jest pamiętać, że zawsze bywały takie czasy. Paul Harvey, amerykański dziennikarz radiowy Narzekania na znajomych bawiących się smartfonami zamiast naszym towarzystwem brzmią, jakbyśmy nie mogli wybrać z kim się spotykamy. A może chodzi o to, żeby mieć na co ponarzekać? Tak jak na brak życzliwości, która – skoro to maszyny zawładnęły naszym światem – wyparowała. Co ciekawe, są to spostrzeżenia osób, które owe kiedyś znają tylko z opowieści. I przyjmują, jakby nie widziały w gronie swoich znajomych wszystkich osób, które garną się do pomocy innym. Nawet jeśli nie mają czasu i świadczą ją przelewem (najczęściej internetowym). Widocznie sukcesy portali i grup powstałych po to, by pomagać, możemy upatrywać w chęci rozgrzeszenia się. Uciekamy, bo możemy Nie neguję wpływu komputerów i internetu na nasze życie. Jest widoczny, ale często wyolbrzymiany i przeceniany. Kiedyś ludzie chowali się za książkami i codziennymi obowiązkami. Tak samo zerkali niecierpliwie na zegarki, gdy ktoś przynudzał, a pewnie sporo oddaliby za słuchawki, byle tylko nie słuchać odgłosów sąsiadów. Bo tak samo jak teraz, kiedyś ludzie też chcieli odpocząć od otaczającego ich świata. Tylko ich możliwości były zupełnie inne. Ludzie z kiedyś wchodzący w interakcje ze współpasażerami (graf. imgur) Tak jak wcześniej gazety, tak dziś internet jest narzędziem, z którego możemy, ale nie musimy korzystać. Wystarczy wyjść z sieci, by zobaczyć, że poza nią również toczy się życie. To powinno pomóc w ochłonięciu, nim popełni się kolejny emocjonalny wpis w internecie. A najzabawniejsze jest, że te wszystkie troski docierają do mnie zazwyczaj jednym kanałem: mediami społecznościowymi. W końcu gdzie, jeśli nie na Facebooku, można się pożalić, że kiedyś było lepiej? | CHIP Lubię sobie poczytać jakiś tekst rano pobudzający. Czasem zastanawiam się, czy to dobry zwyczaj, bo tego pobudzenia może dostarczyć w nadmiarze. Portal Forsal właśnie postanowił przypomnieć swój stary tekst “Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają”. Cała litania konserwatywnych zarzutów względem “złej młodzieży i wychowania”. Przykłady dla ilustracji: “Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.” Według statystyk rocznie 1000 osób w Polsce doznaje urazu rdzenia kręgowego, z czego 60% wypadków jest spowodowanych skokami do wody. Czyli 600 osób postanowiło nie być “pierdołami” i teraz jest przykuta do wózka lub łóżka. No, ale są “prawdziwymi facetami”. I oczywiście wszystkiemu winna poprawność polityczna: “Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność. (…) Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle. ” Doszło do tego, panie dziejku, doszło do tego! A kiedyś kurła, facet był facetem. Nie mazgaił się, tylko szedł zabijać innych facetów, a babę i dzieciaki panie to paskiem potraktował i spokój był panie. A tak naprawdę chodzi o to, że autorzy takich tekstów się starzeją i chcą lęk przed tym faktem ukryć pod fantazjami starymi jak świat. Jaka ta młodzież teraz jest beznadziejna. Nie to co my za młodu. O tempora, o mores. I tak dalej, i tak dalej Co ma wspólnego z podcastem terapeuta na NFZ, ile dałem za jingiel i dlaczego kiedyś to były czasy, a teraz jeno sromota. Piszcie, plz: lukaswrzalik@ W tym roku dwudziesty siódmy krzyżyk – czy to już starość? Ktoś powie, że tak, inny, że nie, chociaż ja sam mam do tego dość ambiwalentny stosunek. Niemniej widzę sam po sobie, że im jestem starszy, tym coraz mniej potrafię się ekscytować. Tak jak kiedyś nie ekscytują mnie już na przykład Majory, chociaż jeszcze kilka […] W tym roku dwudziesty siódmy krzyżyk – czy to już starość? Ktoś powie, że tak, inny, że nie, chociaż ja sam mam do tego dość ambiwalentny stosunek. Niemniej widzę sam po sobie, że im jestem starszy, tym coraz mniej potrafię się ekscytować. Tak jak kiedyś nie ekscytują mnie już na przykład Majory, chociaż jeszcze kilka lat temu na każdą taką imprezę czekałem z wypiekami na twarzy. Powtórzę więc pytanie – czy to już starość? Cóż, ja sam wolę myśleć, że to raczej zmęczenie materiału, spowodowane różnorakimi czynnikami, nad którymi chciałbym się tutaj pochylić. Nie zabraknie oczywiście porównań do innych bijących rekordy popularności gier, które wyraźnie zobrazowały w jaki sposób utrzymywać ciągły hype związany z najważniejszymi turniejami na scenie. Zacznijmy może od… nudy. Kiedyś pojedynki, takie jak np. Astralis z Teamem Liquid czy też MIBR z FaZe Clanem budziłyby o wiele większe zainteresowanie, bo byłyby czymś wyjątkowym. W dzisiejszych czasach natomiast, gdy niemalże każdego tygodnia odbywa się jakiś międzynarodowy lan, spotkania takie nie są już żadnym świętem. To po prostu kolejna odsłona tej samej rywalizacji, która najczęściej przywodzi do głowy myśl „znowu”, a nie „nareszcie”. No bo ile można emocjonować się występami tych samych zawodników – magii w tym za grosz, bo co z tego, że w półfinale Majora drużyna x podejmie zespół y, skoro ich starcie na przestrzeni minionego miesiąca widziałeś już trzykrotnie? W League of Legends o czymś takim nie ma mowy, bo tam rywalizacja przez większą część roku toczy się tylko w obrębie danego kontynentu, więc mecze takiego G2 Esports z Royal Never Give Up uświadczymy co najwyżej na Worldsach lub Mid-Season Invitational. Ergo najlepsi mierzą się ze sobą tylko na tych naprawdę najważniejszych turniejach, będących podsumowaniem całego półrocza. A wszystko dlatego, że Riot ma pełną kontrolę nad organizowanymi w swojej grze imprezami, czego akurat o Valve w przypadku CS:GO powiedzieć nie można. Bo tutaj doprowadzono do sytuacji, w której każde kolejne zawody próbują być kolejnym Majorem, fundując nam atrakcyjną otoczkę czy też najmocniejsze drużyny, ale przez to wszystko właściwy Major nie zachwyca już tak bardzo. Miałoby to wszystko może sens, gdyby wzorem Doty występy na tych eventach miały związek z późniejszym awansem na CS:GO Major Championship, gwarantując coś z gatunku swoistego odpowiednika punktów Dota Pro Circuit. Wtedy ten cały natłok zmagań związany byłby bezpośrednio z tym najważniejszym turniejem, nie stanowiąc odrębnego, niepowiązanego i odciągającego od głównego dania produktu. A tak odnoszę wrażenie, że podejście „każdy sam sobie rzepkę skrobie” paradoksalnie nie pomaga nikomu i bardziej zniechęca do oglądania kolejnych potyczek. Major nie przyciąga już nawet pulą nagród, bo milion dolarów w kontekście najważniejszej imprezy na scenie brzmi śmiesznie, a może nawet tragikomicznie. Może nie wspominajmy już o Docie, bo jeśli przypomnimy, że podczas ostatniego The International w sumie można było wygrać 25,5 miliona dolarów, to niektórym może zrobić się naprawdę słabo. Ale już na wspomnianych Worldsach było to 6,5 miliona – nawet jeśli założymy, że w trakcie roku mamy dwa Majory, które składają się na dwa miliony dolarów, to i tak wychodzi nam kwota ponad trzykrotnie niższa od tej w LoL-u. Zresztą nie ma co szukać na obcych podwórkach. Światowe finały WESG 2017 – 1,5 miliona dolarów. ELEAGUE CS:GO Premier 2018 – milion dolarów. Finały ESL Pro League Season 8 – 750 tysięcy dolarów. Tak, tak, mili państwo, organizowane przez Valve zawody wcale nie rozbudzają wyobraźni ogromem pieniędzy, jakie można zarobić. Ba, włodarze z Chin w minionych latach przebili nawet próg miliona, chociaż na ich zawodach grywają potęgi z takich krajów, jak Tajlandia czy Algieria. W moim wypadku to na pewno po części także obecna pozycja polski na światowym podwórku. Podczas niedawnego wywiadu dla Cybersportu (który zresztą polecam, bo mój) Piotr „izak” Skowyrski mówił o efekcie Małysza i być może podobne jest w tym wypadku. Gdyby nie sukcesy Roberta Kubicy, Formuła 1 nie byłaby transmitowana w przeszłości w telewizji naziemnej w naszym kraju, gdyby nie obecne wyniki naszej kadry skoczków narciarskich, transmisje z zawodów Pucharu Świata nie gromadziłby przed telewizorami całych rodzin, a gdyby nie legendarna wręcz pozycja to wiele osób na esport by w ogóle nie spojrzało. Teraz natomiast żyjemy w czasach, gdy Polska stała się CS-owymi peryferiami, niezdolnymi do rywalizacji z największymi. A gdy nie ma tego dreszczyku emocji związanego z grą rodzimej ekipy wśród najlepszych, to i ekscytacja całą imprezą jest znacznie mniejsza. Kiedyś VP było w absolutnym topie, dziś powstaje od nowa, a następców nie ma. Na koniec dodam, że może to też kwestia większej świadomości. Bo kiedyś człowiek nie interesował się tym wszystkim, nie zagłębiał w tajniki sceny i nie analizował wszystkiego – po prostu siadał przed komputerem i emocjonował się kolejnymi zagraniami najlepszych zawodników świata. Tutaj wracamy więc do wieku – może to jednak starość? A może po prostu rozsądek, który nakazuje zauważyć, że hype wokół Majora był sztucznie pompowany i z upływem lat coraz bardziej widać, że turnieje Valve nie mają niczego, co odróżniałoby je w większym stopniu od DreamHack Masters czy też ESL One. Zapewne da się to jakoś zmienić, ale niedawne decyzje Valve o powiększeniu grona uczestników czy też wydłużeniu zawodów wskazują, że Gabe Newell i spółka niekoniecznie muszą zdawać sobie sprawę co dolega ich eventom. Albo gorszy scenariusz – są tego świadomi, ale niewiele z tym robią. Kiedyś były czasy, teraz czasów nie maGorzkie WrzaleEpisode · 0 PlayEpisode · 0 Play · 37:19 · Jul 2, 2022PlayAboutCo ma wspólnego z podcastem terapeuta na NFZ, ile dałem za jingiel i dlaczego kiedyś to były czasy, a teraz jeno plz: lukaswrzalik@ 19s · Jul 2, 2022© 2022 Spreaker (OG)

kiedyś to były czasy teraz nie ma czasów